Polecane e-booki:

Polecane książki (Kliknij w okładkę, aby przeczytać opis):

darmowe e-booki    darmowe e-booki    darmowe e-booki    darmowe e-booki    darmowe e-booki    darmowe e-booki         
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dowody na istnienie Boga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dowody na istnienie Boga. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 września 2014

Świadectwo wiary cz 3

    Jeżeli chodzi o te światełko, z początku myślałem, że ma to być dla mnie taki papierek lakmusowy, który będzie wskazywał poziom mojego rozwoju duchowego. Wyobrażałem sobie, że to małe światełko będzie w miarę moich duchowych postępów jaśniało coraz bardziej, że zacznie rozświetlać mnie od środka, a potem wyleje się na zewnątrz i cały będę emanował takim pozytywnym, niewidzialnym, boskim światłem. Niestety następnego dnia światełko zaczęło zanikać, by w kolejnym dniu zniknąć zupełnie. Zacząłem więc interpretować sobie, że był to może rodzaj zesłania Ducha Świętego. W tej chwili myślę jednak, że był to chyba po prostu znak, taki stempel potwierdzający przyjęcie mojej prośby. Zresztą nie wnikam w to. Liczy się dla mnie tylko to, że odzyskałem swoje życie i Boga.

    W ten sposób na przestrzeni kilku miesięcy odzyskałem łaskę Boga i chociaż nie odczuwałem już takiej bliskości z Nim jak przedtem, ani nie odczuwałem tej Mocy jaka temu towarzyszyła, to jednak okazał mi wielką łaskę, spełniając prawie wszystkie moje prośby w kolejnych miesiącach, często wręcz natychmiastowo. Szczególnie chętnie spełniał moje prośby odnoszące się do mojego rozwoju i zmiany życia. Pomimo tego wszystkiego nadal niezbyt mocno wierzyłem w istnienie Boga, zresztą i dzisiaj nic się nie zmieniło.

    Zawsze miałem problemy z odczuwaniem wiary. Nie odczuwam wiary jako takiej, a to, że wiem, że Bóg istnieje wynika tylko z doświadczenia. Zawsze więc rozbraja mnie pytanie „Czy wierzy pan w Boga?”, bo wierzyć można w coś czego się nie widziało, ale jest się przekonanym, że to coś istnieje. Ja natomiast nie wierzę w to, tylko WIEM z doświadczenia. W ten piękny sposób człowiek „szkiełka i oka” jakim przez większość swego życia byłem poznał Boga przez doświadczenie. Czyż to nie piękne? Nie. Choć to może zabrzmi dziwnie, pomimo tej pewności, bardzo zazdroszczę ludziom, którzy wierzą w Boga poprzez wiarę. Uważam to za rzecz duchowo bardzo cenną. Chciałbym mieć taką wiarę. Taki może paradoks...

    Wracając do tematu, kiedy zacząłem analizować to wszystko, przypomniały mi się sytuacje, w których Bóg już wcześniej spełniał moje prośby, a nawet pomagał mi sam od siebie, w sytuacjach które wydawały mi się beznadziejne, kiedy wydawało się, że już znikąd nie ma szans na ratunek, a tu nagle niespodziewanie, ze strony z której bym się nawet nie spodziewał przychodziła pomoc. W tych momentach byłem przekonany, że było to działanie Boga. Choć takich sytuacji było wiele w całym moim życiu, to jednak dawniej były one na tyle rzadkie, że po jakimś czasie zapominałem o nich i o Bogu. W tym ostatnim czasie o którym piszę, zdarzeń takich, razem ze spełnionymi prośbami było tak dużo, że w połączeniu z otrzymanym światełkiem, na gruncie czysto logicznym nie sposób było wyciągnąć innego wniosku, jak tylko taki, że Bóg istnieje naprawdę.

    W tej chwili zmierzam do Boga drogą mistyki mając nadzieję, że w czasie próby wytrwam w „wierze”. Puki co, w dalszym ciągu, poprawiam swoje życie i siebie samego dążąc do świętej doskonałości, szczególnie uważając na to, aby nie pojawiła się we mnie pycha, wręcz przeciwnie, staram się odnajdywać w sobie pokorę i miłość, choć jest to dla mnie zbyt łatwe. Trudno mi teraz oczekiwać od Boga kolejnych łask, ponieważ wiem dobrze, że otrzymałem do tej pory bardzo, bardzo dużo, ale z drugiej strony święty Jan od Krzyża pisze, że „tyle od Boga otrzymujemy, ile się od niego spodziewamy”. Tym przesłaniem chciałbym zakończyć swoje świadectwo, zwracając uwagę na fakt, że aby dobrze wykorzystać tę sugestię potrzebna jest świadoma wiara, oraz wiedza duchowa, która pomoże nam przygotować odpowiednie podłoże do otrzymywania przyszłych łask. Szczęść Boże!


    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.



piątek, 12 września 2014

Świadectwo wiary cz 2

   Podczas tego okresu zatraciłem Boga i swoją „wiarę” całkowicie. Nie było we mnie niczego co boskie. Moim atutem jednak zawsze był podwyższony poziom inteligencji, jako jeden z nielicznych dobrych darów otrzymanych w genach od rodziców, w tym przypadku od taty, w którego rodzinie wszyscy mężczyźni są tą właściwością obdarzeni. To pozwoliło mi zmienić swoje życie. Nie mogę powiedzieć, że upadłem na dno, z którego się odbiłem. Nie odczuwam tego tak, choć zapewne od strony duchowej było to sięgnięcie prawie dna.

    Zaczęło się od tego, że nosząc przy sobie nóż, spodziewany atak ze strony „złych” ludzi nie następował. W końcu uznałem irracjonalność takiego zachowania. Przecież na co dzień ludzie nie atakują się nawzajem w biały dzień. Co innego wieczorem jak są napici. Czasem ktoś może nas zaczepić. Drugim czynnikiem, po tych kilku latach zła w moim życiu, było zmęczenie tym wszystkim. Był to najwyższy czas, aby w końcu zrobić coś ze swoim życiem.

    Po apogeum tego okresu zacząłem zastanawiać się co mogę zrobić, aby poprawić swoje życie. Szybko okazało się, że w dużej mierze także i siebie muszę zmienić. Na moje szczęście fascynacja wiedzą ciągle trwała i poszerzała się o kolejne tematy i działy nauki. Często też w ciężkich chwilach zamiast upić się jak „każdy normalny człowiek” rzucałem się w odmęty nowej, trudnej wiedzy, jak chociażby teoria względności, czy chromodynamika kwantowa, aby tylko nie myśleć o tym złu, które doświadczałem. Bez problemu więc znalazłem sposoby i metody na realizację swoich celów. W tym czasie nie myślałem jednak o Bogu. Zależało mi przede wszystkim na poprawie swojego życia. Zauważyłem jednak, że te „ataki zła” nie tylko, że nie zmniejszyły się, ale wręcz nasiliły. Szatan czuł, że wymykam mu się z rąk. Z uwagi na moje poprzednie doświadczenia, było to dla mnie bardzo niepokojące.

    Pierwsze myśli o Bogu pojawiły się jakieś pięć, sześć miesięcy od rozpoczęcia naprawy swojego życia. Przeciwnie jednak niż można by tego oczekiwać nie spotkaliśmy się. Rozważając bowiem swój rozwój osobisty i duchowy, oraz wyznaczając nowe cele na najbliższy czas zastanawiałem się także nad swoją religijnością, gdyż nauki przekazywane w Piśmie Świętym na temat tego jak żyć są korzystne dla człowieka, choćby i niewierzącego. Nie gardziłem więc tą wiedzą zebraną przez poprzednie pokolenia, chociażby w moich ulubionych Mądrościach Syracha.

    Jeżeli chodzi o samego Boga uznałem, że jestem duchowo tak brudny, że nie śmiem nawet w myślach zwracać się do Niego. Tak sobie umyśliłem, że na razie będę pracować nad swoim rozwojem osobistym i poprawą swojego życia, a jak wystarczająco oczyszczę się z tego brudu, to może Bóg sam zauważy mój blask pośród szlamu tego świata i pociągnie mnie ku sobie.

    Rzeczywiście, po jakimś dłuższym czasie znalazłem w sobie światło, aby odmawiać wieczorem „Ojcze nasz”, potem zacząłem odmawiać także i rano, aż w końcu zacząłem zwracać się w modlitwach do Pana Boga prosząc o pomoc, po pierwsze, aby pomógł mi w moich dalszych zamierzeniach zmiany życia, a po drugie, aby chronił mnie przed złem, bo nadal wszystko się jeszcze mogło wydarzyć.

    Ataki zła w postaci wielorakich złych zdarzeń w jednym czasie nie ustawały. Czasami były dla mnie bardzo powalające. Podczas właśnie ostatniego takiego zmasowanego ataku, kiedy myślałem już, że zło zwycięży, że mnie pokona, postanowiłem w akcie ostatniej nadziei zwrócić się do Boga o pomoc. Najpierw przedstawiłem swoją prośbę o pomoc, potem złożyłem deklarację wiary, że chcę należeć do Boga, być po stronie Światłości i nic tego nie jest w stanie zmienić, a następnie odmówiłem z głębi serca modlitwę „Ojcze nasz”. Ponieważ czułem, że to jest jakby niewystarczające, więc zaraz powtórzyłem całą procedurę jeszcze raz.

    Nie upłynęło kilkanaście sekund, gdy duchowo poznałem, że w miejscu, gdzie - według wierzeń dalekowschodnich - mieści się siedlisko energii życiowej Ki (kilka centymetrów poniżej pępka) został mi umieszczony mały lampion ze światełkiem. Nie czułem przy tym jakiś szczególnych rzeczy, poza tym przekonaniem, że prośba ma została przyjęta. Rzeczywiście, w ciągu kilku dni wszelkie złe sprawy w moim życiu ustąpiły i już więcej tych zmasowanych i jawnych ataków zła nie miałem. Od tamtej pory minęło cztery lata, a ja, choć czasem potykam się w drodze do Boga, to jednak cały czas rozwijam swoją duchowość i „wiarę” wiedząc, że otrzymałem od Boga więcej niż na to zasłużyłem.




    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.

środa, 10 września 2014

Świadectwo wiary cz1

Pochodzę z rodziny, w której korzystanie z pomocy Pana Boga nie jest czymś niezwykłym. Jest to naturalne zachowanie w trudnych chwilach. Szczególną taką umiejętność posiada moja mama, która często korzysta z tej formy pomocy w pracach codziennych. Ja staram się nie fatygować Boga do takich błahych spraw. Kiedy nie udaje się coś mojej mamie, a straci już cierpliwość, wtedy prosi Pana Boga o pomoc, czego sam byłem wielokrotnie świadkiem.

Jeden z takich przypadków pamiętam jeszcze z dzieciństwa, kiedy drzwi do naszej piwnicy chroniła felerna kłódka, którą otwierać to skaranie boskie. Klucz dawał się przekręcić tylko w jemu znanym ustawieniu i zawsze trzeba było się wiele nakręcić, aby trafić w ten punkt. Po kilku więc minutach prób i nerwów zniecierpliwiona mama prosi w końcu Boga o pomoc i klucz za pierwszym razem daje się przekręcić.

    Zdarzenie może samo w sobie mało niezwykłe i zawsze można je wytłumaczyć na inne sposoby, jednak takich „zbiegów okoliczności” moja mama ma bardzo dużo. Co ciekawe, za każdym razem otrzymuje pomoc natychmiast, a nie po chwili, więc te „zbiegi okoliczności” są bardzo konkretne. Ten typ zachowania mama przekazuje teraz swoim wnuczkom. Jedna z nich dwa razy już donosiła, iż rzeczywiście, kiedy poprosiła Pana Boga o pomoc, pomógł jej. Taka może rodzina..., bo jak dotąd nie słyszałem od innych ludzi, aby mieli coś takiego, choć nie wykluczam.

    Tyle na temat mojej rodziny, niezbyt zresztą -o dziwo- pobożnej. Moje świadectwo -jak całe moje życie i ja- jest bardzo poplątane. Nie brakuje w nim wzlotów i upadków. Najpierw była nauka, fascynacja wiedzą, oraz, nieco później, nieświadoma jeszcze, ale mocno zaangażowana wiara w Boga.

    Tak było gdzieś do połowy szkoły podstawowej. Potem, w okresie dojrzewania, troszeczkę może po rozmowach ze Świadkami Jehowy była całkowita negacja nie tylko nauki Kościoła katolickiego, ale także Pisma Świętego, w którym nie brakuje sprzeczności i trudnych interpretacyjnie miejsc, a co za tym idzie odwrócenie się od Boga i zostanie młodym ateistą. To pewnie z tego okresu pochodzi moja, prawie że obsesyjna skłonność do sięgania i posługiwania się materiałami źródłowymi i nie poleganiu tylko na tym co ktoś (człowiek, ksiądz) mówi.

    Taki stan ateizacji mojego życia trwał kilka lat. Stałem się pod wpływem otoczenia prawie zwykłym, współczesnym Polakiem, dla którego kombinacje i drobne złodziejstwo (wynoszenie z pracy) to coś normalnego. Piszę „prawie”, ponieważ jakoś nigdy alkohol nie podchodził mi, chociaż pochodzę z rodziny, w której wielu miało, lub ma z nim problem.

    Jakoś po szkole średniej, nie pamiętam jak to się stało, bynajmniej zacząłem na powrót myśleć o Bogu. Być może moja natura, która jednak jest inna od tego tzw. „normalnego” człowieka wywoływała dyskomfort psychiczny, że to nie jest to, że źle się czuję w takim środowisku. Stąd zapewne poszukiwanie innego stylu życia i zwrócenie się na powrót w stronę Boga. Bardzo szybko osiągnąłem moją nadal mało świadomą jeszcze wiarę, jednak tym razem zacząłem odczuwać bliskość z Bogiem i moc płynącą z tej bliskości. To było wspaniałe uczucie.

    Niestety, po krótkim czasie -z braku świadomej wiary i wiedzy- popadłem w pychę. Myślałem, że skoro odczuwam taką bliskość z Bogiem i jestem przepełniony tą Mocą, to nic mi już złego nie grozi. W końcu jest ze mną sam Bóg. Zacząłem więc pysznić się przed szatanem, że teraz nic mi już nie może zrobić, że może mi „naskoczyć” mówiąc po młodzieżowemu. Wtedy nie wiedziałem, że nic tak nie razi Boga jak pycha człowieka. Na reakcję nie czekałem długo. Po kilku tygodniach rozpoczął się najciemniejszy okres w moim życiu, który trwał około sześciu, siedmiu lat.

    Zaraz zostałem pozbawiony bliskości z Bogiem, a do dzieła zabrał się szatan. Nie wdając się w szczegóły, mówiąc ogólnie, bardzo wiele złego wydarzyło się w moim życiu i często doznawałem zła od ludzi lub sytuacji w sposób seryjny, jedno po drugim. Nazwałem te okresy „atakami zła”.

    W tym czasie jedynymi uczuciami jakie posiadałem były złość, agresja i nienawiść, zwłaszcza do ludzi, od których od dzieciństwa doznawałem wiele złego. Często wręcz brzydziłem się ludźmi i na samą myśl o nich robiło mi się niedobrze. Przez kilka lat nie chodziłem nawet na cmentarz na Wszystkich Świętych, bo tak to odczuwałem, że gdybym zobaczył naraz tyle ludzi to chyba bym zwymiotował. Myśląc tak bardzo źle o ludziach nosiłem przy sobie nóż, albo gaz, albo jedno i drugie, aby móc -w razie czego- obronić się przed nimi.

    Pojawiły się też myśli „mordercze”. Z tej nienawiści do ludzi byłem nastawiony zabić każdego, kto by mnie zaatakował, a -w apogeum tego okresu- nawet każdego, kto by mnie nieprzyjemnie zaczepił. Tylko Bóg wie jak niewiele czasami brakowało... Ci, którzy przechodzili obok, lub szli za mną nie wiedzą nawet na jakiej cienkiej krawędzi balansowali. Było kilka przypadków, że dosłownie brakowała już tylko mała odrobinka...



Polecane e-booki:


    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.

Polecane e-booki:

e-booki   e-booki   e-booki   e-booki